Trupy z szafy

Trupy z szafy
Trzy lata temu przeprowadziłem drobne porządki w swoich rupieciach. 
Postanowiłem wtedy na dobre pożegnać się z przeszłością i wywalić zalegające gdzieś na półkach szpargały, związane z moją dawną pracą w branży IT i "informatycznym" etapem mojego życia - gdyby zaczerpnąć terminologię z uniwersum "Warhammera 40000", mógłbym go dziś śmiało nazwać "Mroczną Erą Technologii".
Poleciały na stos podręczniki i skrypty do SQL, PHP, C++, do kosza poleciały kody źródłowe projektów. Niestety, dużo wcześniej do śmieci poleciało też kilka lat życia, które zmarnowałem na cały ten szajs i tego żal mi jest najbardziej.
Co ciekawe, w ten weekend znalazłem w szafie ostatnie, zapomniane trupy: jakieś podręczniki i starożytny kompilator Delphi 4 Standard z komercyjną licencją (tak, kiedyś się w tym też programowało - teraz ponoć nikt w branży się do tego nie przyznaje :D ).
Boszsz... Ileż ten kompilator kosztował. 
Nie, firma mi go nie kupiła - kupiłem go sam.
Znacie to? "Szukamy pracownika z prawem jazdy i własnym samochodem, najlepiej w gazie."? 
Nie dajcie sobie wmówić, że każdy programista ma klawą robotę i kupę kasiory. To wymysł mediów. Dla każdego pismaka, każda blogerka modowa "jest gupia" i zarabia miliony. Tu jest ten sam mechanizm. Pismaki wymyśliły sobie kolejną tezę, a ludzie to łykają bez żadnej refleksji. Owszem, jeśli ktoś pracuje w dużym mieście dla dużej korporacji lub znanego game developera - tak, będzie zarabiał niesamowite pieniądze. Jednak programistę w małej firmie w jakimś pierdziszewie czekają: masa samodzielnej nauki (szkolenie? jakie szkolenie? książkę se kup!), zarwane noce, gówniane projekty, siwiejące włosy i nędzne pieniądze, o ile się wypłata nie opóźni bo klient dostał od szefa projekt po koleżeńsku i "zapłaci jak będzie miał". Tak, tak.
Ba!
Możecie liczyć na to, że nawet jak pożegnacie się z branżą, to po latach pojawią się próby zagonienia was do klawiatury i ponownego walnięcia w rogi.
Ja, ostatnią taką próbę przeżyłem w maju tego roku. 
Otóż zadzwonił mój były szef - cały w skowronkach - z informacją że jeden z szanownych klientów, dla którego zrobiłem lata temu dwa wdrożenia swojej aplikacji internetowej współpracującej z systemem ERP, potrzebuje "drobnej modyfikacji". Okazało się, że klient sobie wymyślił iż oprogramowanie przeznaczone zasadniczo do handlu (w tym handlu B2B), będzie jednocześnie pełniło funkcję aplikacji wspomagającej... proces rekrutacyjny (!!). " - ...Trzeba więc pozmieniać kilka rzeczy...".
HeHe! Cwaniaczek. Wydumał, że zamiast płacić za specjalną aplikację realizujacą konkretne zadanie, może zlecić absurdalną "poprawkę" czegoś co ma. Jak wiadomo za poprawki płaci się mniej albo wcale, bo to poprawka, czyli że coś było źle i trzeba poprawić. Świetny plan cwanych Januszy biznesu, w który mój nieszczęsny były szef wmanewrował się jak dziecko. Nie to było jednak najciekawsze. Najciekawsze było to, że podczas rozmowy usłyszałem nagle: "...bo wiesz, oni teraz zapłacą". Dacie wiarę? Owszem, sukcesywnie trafiały do mnie informacje że ten czy tamten klient miał termin płatności "nieskończoność", ale akurat w wypadku tego klienta nawet mi coś takiego przez myśl nie przeszło. A tu proszę: aż dwa wdrożenia gratis! I wyglądało na to, że skoro "teraz zapłacą", to znaczy że pamiętają że nie zapłacili, nadal tego nie zrobili i jeszcze chcą aby dalej wykonywać jakieś prace. Fenomenalne! Nie drążyłem tego jednak - zapytałem tylko, dlaczego klient miałby zapłacić teraz, skoro wcześniej nie zapłacił i się pożegnałem. 

Trzy lata temu wywaliłem na śmietnik nie tylko książki i kody źródłowe.
Odpryskiem tego było też wyrzucenie do przysłowiowego "kosza" sporego grona ludzi. Ludzi, którzy beztrosko na mnie pasożytowali, podrzucając o dowolnej porze dnia, nocy i roku swoje komputery do serwisowania.
" - No przecież robisz coś przy komputerach, to mógłbyś i naszego zobaczyć, bo coś wolno chodzi."
Ze szczególną intensywnością czynili to w okolicach świąt wszelakich: większość robiła to osobiście, a pewna miejsza część za pośrednictwem mojego brata, który uwielbiał w ten sposób zbierać punkty uznania wśród swoich znajomych. Całe towarzystwo zwoziło swój szmelc w okresie przedświątecznych przygotowań i krzątaniny, a tuż przed samymi świetami często nie mieli zamiaru go odbierać, zamieniając ciasne mieszkanie w zagracony magazyn. Zawsze mieli jakąś wymówkę - głównie rzekome wyjazdy. Widocznie uznawali iż świąteczny odpoczynek mi nie przysługuje i zamiast spocząć przy stole wraz z rodziną, powinienem siedzieć ściśnięty wśród ich gratów, grzebiąc w komputerze zdewastowanym przez czyjegoś synusia, córunię, albo szwagra. Zero empatii, zero jakiejkolwiek refleksji.

Numer mojego telefonu nagle się zmienił, kilku petentów ze złomem pod pachą odbiło się od drzwi i się skończyło.
I tak mi nawet życzeń na święta nie składali :-)

Komentarze
Brak komentarzy...
Podpis:
E-mail:
Strona WWW (bez http://):
Komentarz:
Pola z gwiazdką muszą być wypełnione. Email nie jest publikowany.